20.07.2023
Razem w pracy, razem na urlopie?
Tak! Pod warunkiem, że pod żaglami :-)
To był już czwarty hartwigowy rejs. Tym razem wybór padł na ciepłe wody Adriatyku. Silna ekipa, pod dowództwem kapitana Artura i I oficera Jakuba, wyruszyła dwoma busami z Gdyni, zahaczając o Warszawę, gdzie dołączyło do „konwoju” auto osobowe. Kierunek: Biograd na Moru, piękne, tętniące życiem, turystyczne miasto w Chorwacji – port, w którym rozpoczęła się nasza adriatycka przygoda.
Czekały tam na nas dwa 44-stopowe jachty „Afrodyta” i „Anis” (13,6 m długości; 4,25 m szerokości). Każdy z nich oferował dziewięć miejsc do spania. To one stały się na kilka dni domem dla naszej 17-osobowej załogi.
Pierwszy etap rejsu to nocne przejście z Bigradu na Moru do Trogiru. Spokojne morze, bezchmurne niebo i pełnia księżyca sprawiły, że nawet żeglarskie „żółtodzioby” od pierwszego momentu poczuły morską magię pod żaglami. A była ich większość, bo tylko dziewięć osób posiadało patenty i miało doświadczenie w żeglowaniu. To była długa trasa – wyruszyliśmy około godz. 20., a do malowniczego Trogiru dotarliśmy następnego dnia około godz. 15. Spacer nadmorską, palmową promenadą i urokliwymi uliczkami starego miasta, wpisanego na listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO, pozwolił wszystkim poczuć znowu stały ląd pod nogami.
Kolejnym przystankiem na naszej trasie była Wyspa Solta. Jej nieregularna linia brzegowa z licznymi zatoczkami sprawia, że jest to idealne miejsce do leniwego plażowania, w kameralnej atmosferze, w oddaleniu od turystycznego zgiełku. Chętnie z tego skorzystaliśmy. Opaleni i wypoczęci pożeglowaliśmy dalej, by zatrzymać się na Riwierze Rogoznica. To kolejne kameralne, choć niepozbawione rozrywek, piękne miejsce, które swą nazwę zawdzięcza legendzie o morskiej rusałce, która zasnęła na półwyspie dzielącym zatokę na pół.
Dalej dobre wiatry i, oczywiście, kapitanowie poprowadzili nas na Wyspę Žirje do kolejnej pięknej zatoczki – Mala Stupica. Žirje słynie z pięknej dziewiczej przyrody i krystalicznego, błękitnego morza. Uprawia się tam winogrona, śliwki, oliwki, figi i migdały.
Ostatnim portem naszego rejsu była marina w małej, letniskowej miejscowości Jezera na wyspie Murter. Stąd wróciliśmy do Bigrdu na Moru i tam zakończyła się tegoroczna żeglarska wyprawa. Łącznie pokonaliśmy 127 mil morskich. Na morzu spędziliśmy w sumie 42 godziny, z czego 26 pod żaglami. Większość czasu, zgodnie z planem, przeznaczyliśmy na chillout – kąpiele słoneczne, pływanie w ciepłym morzu, spacery i zwiedzanie malowniczych chorawckich portowych miasteczek, smakowanie lokalnych przysmaków i trunków.
Co było największym rejsowym wyzwaniem? Na pewno gotowanie w przechyle! Mieliśmy kambuzowe wachty – żeby było sprawiedliwie dwie osoby przygotowywały wszystkie posiłki, a potem zmiana. Najsmaczniejsze danie? Świeżo złowione dorady, przygotowane w marynacie i upieczone w piekarniku przez super kucharza Artura (nie kapitana, bo wiadomo – kapitan nie gotuje).
Najpiękniejsze rejsowe wspomnienie? Każdy ma własne. Wśród nich na pewno znalazła się pierwsza księżycowa noc na morzu. Czy wszyscy załoganci złapali żeglarskiego bakcyla? Następny rok i następny rejs pokażą. Kolejna trasa już w przygotowaniu… Ahoj!